Pieśń o Rolandzie

illustration-of-tennis-court

Czy turniej Wielkiego Szlema może być scenerią dla literackiej intrygi? Stanisław Dygat – nieco dziś zapomniany, jednak wybitny prozaik drugiej połowy dwudziestego wieku – uznał, że tak, i umiejscowił akcję jednego ze swoich opowiadań na kortach Rolanda Garrosa podczas mistrzostw Francji w tenisie za rok 1946.

„Piękny to rok! Pierwszy rok bez wojny. Dźwięk rakiet uderzających o piłki. Nagłe brawa jak warkot pikującego samolotu. W upalnym powietrzu lipca kołysze się nuda. Wysoko w górze błąka się samolot niby pies bezpański. Aleją pomiędzy kortami przechadza się kolorowy tłum, eleganccy mężczyźni, piękne kobiety, alianccy oficerowie. Zegar dalekiego kościoła niesie powietrzem sześć dźwięcznych uderzeń” – czytamy w ekspozycji.

Dalej jest o tym, że „olbrzymia czarna tablica przybita do drzewa informuje widzów o rozkładzie i wynikach gier, a sędzia schodzi z krzesełka i zapisuje coś na sędziowskiej kartce”. Rzeczywiście, w pierwszym powojennym sezonie turniej musiał wyglądać skromnie. Poprzednie otwarte mistrzostwa Francji rozegrano w roku 1939. W finale Jadwiga Jędrzejowska przegrała wówczas z Simonne Mathieu – tą samą, która ma tu dziś kort swojego imienia. Finalistki chyba się lubiły, bo wystąpiły wspólnie w turnieju deblowym. I wygrały!

Wracamy do literatury. Opowiadanie, o którym tu mowa, jest szkicem tak krótkim, że nie wystarcza czasu na porządne nakreślenie postaci. Widzimy jedynie, że inspektor policji aresztuje schodzącego z kortu tenisistę, podejrzanego o współpracę z okupantem (taki czas). Po chwili okazuje się jednak, że powinien był zatrzymać jego rywala – sędzia pomyłkowo wskazał nie tego, co trzeba. Ale zaraz wychodzi na jaw, że „niewinny” też ma na sumieniu grzech, choć znacznie mniejszego kalibru. Ostatecznie inspektor wraca na korty po zbrodniarza, a przestępcę wypuszcza, zostawiając go sobie na potem.

Opowiadanie ukazało się w tygodniku „Przekrój” z czerwca 1948 roku, pod tytułem „Stadion Rollanda Garrosa”. Błąd w imieniu patrona paryskich kortów dziwi o tyle, że Dygat miał też obywatelstwo francuskie – stamtąd wywodziła się rodzina ze strony ojca.

W Polsce czasy były już wtedy takie, że między wierszami wypadało napisać parę cierpkich słów o „zgniłym Zachodzie”. Autor daje więc do zrozumienia, że tenisiści mają na sumieniu wojenne grzechy i grzeszki, Amerykańscy żołnierze sprawiają wrażenie niezbyt rozgarniętych, a jednemu z miejscowych widzów rozzłoszczona żona wypomina kolaborację z Niemcami. I to za co! Tylko dlatego, że chciała iść do kina, a musi oglądać tenis.

Pierwsze powojenne mistrzostwa Francji w tenisie rozgrywano – tak, jak napisał autor opowiadania – w drugiej połowie lipca. Można założyć, że Dygat był wówczas na kortach, wprowadził bowiem do swojej literackiej gry nazwiska zaczerpnięte z turniejowej drabinki. Mamy tu zatem Amerykankę Pauline Betz (w rzeczywistości finalistkę gry pojedynczej w tym właśnie turnieju, ale też mistrzynię Wimbledonu i, czterokrotnie, USA) oraz Francuzkę Irene Fargue (wywiedzioną być może od nazwiska Simone Lafargue, tenisistki znacznie mniej utytułowanej). Ale wystarczy. Dziś taka archeologia interesuje jedynie najzagorzalszych z zagorzałych.

Gwoli kronikarskiego obowiązku dodajmy tylko, że w Roland Garros 1946 – tym pisanym przez jedno „l” – zwyciężyli Francuz Marcel Bernard (zdobył też tytuł w deblu) i Amerykanka Margaret Osborne DuPont, która w 1/8 finału wyeliminowała Jadwigę Jędrzejowską. Kobiece finały singla i debla okazały się sprawą wewnątrzamerykańską, słusznie więc cieszył się jeden ze sportretowanych przez Dygata żołnierzy: „Miło widzieć, jak Ameryka zwycięża”.
A sam Stanisław Dygat nie tylko znał się na tenisie, ale też grał – i to ponoć nie najgorzej. Rywalizował zresztą z nie byle kim. „(…) W 1932 roku udało się Gombrowiczowi wygrać ze mną mecz w tenisa, chociaż byłem wtedy dobrym graczem i miałem swoje lokalne sukcesy” – wyznał w jednym ze swoich powojennych felietonów.

Bartosz Klimas

Ace Your Space with Tennis Fine
Art Posters

Koszyk
Przewijanie do góry